top of page

Jak może i jak powinien wyglądać kraj, w którym toczą się walki?


Charków, Ukraina fot. David Peinado/Pexels



Wspomniałem Campo di Fiori W Warszawie przy karuzeli, W pogodny wieczór wiosenny, Przy dźwiękach skocznej muzyki. Salwy za murem getta Głuszyła skoczna melodia I wzlatywały pary Wysoko w pogodne niebo. Czesław Miłosz, Campo di Fiori

To, co zapamiętam z wojennej Ukrainy najlepiej, to zapewne stacje benzynowe – dobrze oświetlone (zazwyczaj), z dobrą kawą, patriotycznymi pamiątkami i bardzo przyzwoitym jedzeniem. Odwiedziłem ich dziesiątki, a na trasie Lwów-Kijów mam już ulubione miejsca.


Trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zrozumieć, że coś jest nie tak. Obok stacji zwykle stoi wielki generator Diesla na wypadek uszkodzenia transformatora przez pocisk manewrujący Kalibr. Na półce z chemią stoi smar do karabinu i spray do nanoszenia barw maskujących na samochód, a pluszowa kaczka dla dzieci ma na sobie pluszową kamizelkę kuloodporną.


Przy wejściu plakat namawia, żeby tankować i pomagać. Każdy litr paliwa to kopiejka na pomoc obronie terytorialnej albo dron dla zwiadu powietrznego. W tłumie tankujących zwykle widać przynajmniej jeden mundur.


Aż do roku 2022 nigdy nie widziałem na żywo kraju dotkniętego wojną. Oglądałem jedynie zniszczoną konfliktem zbrojnym Chorwację, ale już po tym, jak ustały strzały. Podobnie jak zdecydowana większość ludności sytej Europy nie wiedziałem, jak może i jak powinien wyglądać kraj, w którym toczą się walki.


Nasz umysł podrzuca nam czarno białe kroniki i filmy wojenne, zbombardowane miasta i ludzi przemykających pomiędzy ruinami domów, żeby nabrać wody ze studni i nie zginąć od kuli snajpera.


Wojna może tak wyglądać, tak wyglądały Izjum i Kupiańsk niedługo po wyzwoleniu. Zerwane mosty, rozprute domy, ludzie chowający się w piwnicach. Po drogach sunęły wojskowe ciężarówki, a pod butami chrzęścił gruz. Może kiedyś w historii miała miejsce wojna, w czasie której cały kraj zmienił się w coś takiego. Zazwyczaj jednak wygląda to inaczej.




Kijów, Ukraina fot. Алесь Усцінаў/Pexels




Wojenna Ukraina jest różna i zmienia się w zależności nie tylko od miejsca, ale i od czasu. Kolejne punkty kontrolne na drogach z czasem znikały, gdy zagrożenie dla zachodniej i centralnej Ukrainy się zmniejszało, a ludzie odbudowują i remontują zniszczone domy nawet pod ostrzałem.


Tak było choćby we wsi Aleksandrówka nad samym Morzem Czarnym, na drodze z Mikołajowa do Chersonia. Rosyjskie pozycje są niedaleko, więc dolatywały tam i niekierowane rakiety, i pociski artyleryjskie. Mimo to ludzie przywozili materiały budowlane po nierównej, gruntowej drodze i budowali. “A gdzie się mają podziać” - mówi uzbrojony mężczyzna w średnim wieku, sprawdzający nasze dokumenty na drodze.


Wielkie miasta daleko od frontu żyją pozornie normalnie. Można robić zakupy, spać w hotelu, spotkać tłum imprezujących młodych ludzi w centrum Kijowa. Wesołą imprezę może przerwać w każdej chwili alarm i ostatecznie wszystkie restauracje i puby zamykają się wcześnie, żeby pracownicy mogli wrócić do domu przed początkiem godziny policyjnej.


Idąc latem 2023 roku po Chreszczatyku patrzyłem na kłębiące się wieczorowe tłumy. Pili szampana z butelek i piwo prosto na ulicy. Kolorowe światła i dużo jedzenia. Każdy z nich następnego dnia może znaleźć w skrzynce powołanie do wojska albo odebrać telefon od rodziny czy przyjaciół, którzy stracili dom, dziecko albo kończynę.


W tej gorączkowej letniej radości nie widać i nie czuć niczego złego, nie ma żadnego unoszącego się w powietrzu zapachu lęku ani atmosfery końca świata. Jeślibyśmy nie wiedzieli o strachu, który każdy z tych ludzi od siebie odsuwa, moglibyśmy pomylić Kijów z Lizboną. Ale wiemy o nim.


Ukraińskie miasta zamierają, kiedy znajdują się blisko frontu lub pod okupacją, ale szybko wracają do życia, jeśli tylko się je uwolni. Na własne oczy widziałem, jak asfaltowa nawierzchnia przy wjeździe na tymczasowy most zbudowany przez saperów pojawiła się w ledwie parę godzin. Gdy jechaliśmy przez Izjum jeszcze jej nie było. Rozdaliśmy tonę jedzenia i jadąc do innej dzielnicy, wracaliśmy już po utwardzonej powierzchni.


Niedługo po naszej wizycie w Kupiańsku zaczęły jeździć pociągi, otworzyły się sklepy, pojawiło się zaopatrzenie. To wciąż nie była normalność, a już na pewno nie dobrobyt, ale sytuacja i tak zmieniała się szybko.


Oczywiście zapomnieć o wojnie w ukraińskim mieście nie jest tak łatwo. Miejska tkanka przypomina o tym na każdym kroku. Na poboczach czekają zapory przeciwczołgowe. Po co je wywozić, skoro jeszcze nic się nie skończyło? Wielkie bilbordy uświadamiają, że wciąż jeszcze część ukraińskich żołnierzy gnije w niewoli. Wesołe twarze ze zdjęć nie pozwalają zapomnieć, że nie wszyscy wrócą z frontu. Nie brakuje też zachęt, by samemu ubrać mundur.


Niektóre miejsca, takie jak Charków i Chersoń, choć Rosjan udało się odepchnąć, wciąż są regularnie celami ataków, na które można odpowiedzieć ogniem, ale których nie da się powstrzymać.


Ukraińscy cywile mają przy tym w sobie zadziwiający upór. Choć wielu z nich wyjechało z kraju i osiadło w Europie, w tym w Polsce, wciąż można spotkać cywilów tam, gdzie toczą się zacięte walki. Znajdująca się na linii frontu od 2014 roku Awdijewka wciąż jest zamieszkana.


Nie zmienił tego nawet wybuch pełnoskalowej wojny i półokrążenie miasta. Wciąż są tam ludzie, którzy odmawiają ucieczki, bo ich dom i dobytek są zbyt ważne, a może przez to, że nie znają świata i boją się, że się w nim nie odnajdą?


Nie ma jednej ukraińskiej wojennej rzeczywistości, choć każdego obywatela tego kraju wojna zdążyła nie tylko dotknąć, ale także mocno przytulić. Każde miejsce Ukrainy od wschodu do zachodu może stać się celem rakietowego ataku. Błądząca rosyjska rakieta może trafić nawet w przypadkowe pole. Z każdego zakątka kraju ludzie idą na wojnę i biorąc pod uwagę skalę wydarzeń, trudno sobie wyobrazić mieszkańca Ukrainy, który nie zna osobiście żadnego żołnierza na froncie.


Do strachu można przywyknąć. To wydaje się niemożliwe, ale żołnierze opowiadają mi często, że pod samym “zerem”, jak mówią na linię frontu, cywile chodzą, jeżdżą na rowerze, uprawiają ogródki i sprawiają wrażenie zupełnie zobojętniałych. Jednak nawet oni się boją. Strach jest wszędzie, ale nie wszędzie tak samo silny. To drabina z tysiącem stopni. Jeden jest na froncie, inny ma na froncie dziecko, a jeszcze inny boi się tylko rzadko przylatujących w jego stronę rakiet. Każdy czuje tam przerażenie, ale nie ma jednego, ogólnego lęku. Każdy z nich jest twój własny.


Oprócz strachu jest jednak jeszcze jedna bieda i to dosłownie. Nie oszukujmy się, Ukraina to kraj ubogi. Zdecydowana większość obywateli to nie oligarchowie i jeszcze przed wojną mieli poważne problemy, by wiązać koniec z końcem. Wojna to większości populacji pogorszenie warunków życia, ale tu także różnice są ogromne. Niektórzy stracili wszystko, inni chowali się i nadal się chowają miesiącami w piwnicach. Gotują jedzenie na ognisku przed domem i nie kąpią dzieci, bo nie ma wody, światła, ogrzewania. Nie ma nawet jak zdjąć ubrań w ruinie bloku bez okien.


Inni martwią się, że jedną z trzech restauracji będzie trzeba zamknąć, albo zmienić samochód na tańszy. Kolejni oddali wszystko co mieli wojsku i zastanawiają się, co jeszcze mogą zrobić. Nie można też pominąć tych, których biznesy na wojnie zyskały. Producenci wszystkiego, co potrzebne na froncie korzystają z sytuacji i trudno ich za to winić. Zwłaszcza, że wielu z nich stara się nie tylko zarobić, ale i pomóc.


Wojenna rzeczywistość Ukrainy jest skomplikowana, wielowarstwowa i zupełnie inna od tego, czego spodziewaliby się ludzie, którzy tego nie widzieli. Możliwe byłoby nakręcenie na miejscu długiego filmu dokumentalnego, udowadniającego, że żadnej wojny nie ma. To oczywiście byłoby kłamstwo. Prawdą jest to, że wojna jest zjawiskiem, które nie uderza we wszystkie miejsca i we wszystkich ludzi z tą samą siłą. Wojna pokazuje także, że człowiek potrafi przywyknąć nawet do tego, czego wcześniej nie umiał sobie nawet wyobrazić.


Działania bojowe zostawiły wiele śladów, nierównomiernie rozrzuconych po kraju. Jeżdżąc tam zawsze się im przyglądam, jakby ukrywały one w sobie jakiś znak. Jakąś wskazówkę, jak tego uniknąć. Prawdziwy ślad wojny chowa się jednak w ludzkich umysłach. Tak samo jak po każdej wojnie, jego echo będzie słychać wiele lat po tym, jak umilkną działa.




Przeciętny Polak wie o Rosji tyle, że to bogate państwo, w którym za ropę kupuje się rakiety, a zwykli ludzie żyją gorzej niż my. Co to jednak znaczy „gorzej”? Czy można zrozumieć Rosję, nie wiedząc, jak wygląda codzienne życie jej mieszkańców?


Dowiedz się więcej o nowej książce Marcina Strzyżewskiego:


Comments


bottom of page